Przedwczoraj, w sobotę, pan naganiacz z firmy montujacej bramy garażowe, obudził nas o baaardzo wczesnej porze. Siódma!!! Negocjacje szły początkowo trochę opornie, dopóki kawusia nie rozgrzała mi podniebienia. Cenę ustaliliśmy na cztery tysiące. Zaliczka stówa. Pan naganiacz chciał cztery, ale zaczęłam się łamać i podziałało. Panele thyssen krupp w kolorze orzech, 2700 szerokość, 2100 wysokość, grubość standardowa, trzy okienka na takiej wysokości, żebym i ja mogła sobie powyglądać, rygiel, klamka i automatyka. Wszystkie elementy metalowe w ocynku. Zdjęcia pewnie za jakiś miesiąc, bo tyle musimy poczekać na montaż
12 listopada
Czekamy dalej... Nie wiem, na ile starczy cierpliwości. Już dzwoniliśmy z ochrzanem do naganiacza, bo brama miała być do 15-tego listopada, a tu cisza. Naganiacz próbował się wymigać, bo on jest tylko od handlowania. Produkcja gdzie indziej. Nerwy nam trochę puściły, ale po pyskówce wydębiliśmy telefon do kogo trzeba. Brama ma być w poniedziałek, najdalej.... w piątek! Ach, ci nasi przedsiębiorcy od siedmiu boleści.
20 grudnia.
Ponad dwa miesiące od złożenia zamówienia - brama jest! Ale kompletnie niekompletna. Ponieważ na ekipę montującą nie miałabym co liczyć w tym roku (nabrali zamówień hurtowych - co tam moja mała brameczka), mój Pawełek postanowił zamontować bramę sam. Ostatecznie nie święci garnki lepią. Stelaż i panele poszły szybciutko. Teraz głowimy się nad napędem.

Jeszcze w folii. Odsłoniłam tylko dolny panel - z czystej babskiej ciekawości

A tak od środka. Przyczepiona do ściany na mur-beton. Jak to określił fachowiec - "na bogato".







Pobieranie komentarzy