Dziwny jest ten rok. Dopóki dom rósł od fundamentów, działo się tyle, że nie nadążałam z dokumentowaniem budowy. Ale kiedy stanął w stanie surowym, robota też jakby stanęła. Niby wiadomo, co i jak i w jakiej kolejności, ale czas zaczął się wlec niczym żółw, a efekty jakieś takie mierne.
Przyszedł czas na tynki. Nie pamiętam, ale to chyba Baloo pisał, że to najgorszy etap budowy. Z kasą krucho, więc odważnie (i głupio) postanowiliśmy załatwić to sami. Miał nam dopomóc agregat tynkarski, który wypożyczyliśmy za darmochę. Zaczęliśmy od piwnic: tam i tak najciemniej, i nikt nie będzie się przyglądał zbyt natarczywie.
Zaczeliśmy, a jakże! I to na tyle. Trzeba będzie jednak zacisnąć pasa i wynając kogoś, kto się na tym zna. Mamy kartę przetargową - agregat, więc może i cena za metr będzie przystępna. Zobaczymy.
Zdjęć naszej ściany nie zamieszczam. Wstyd!.





Pobieranie komentarzy